Kiedy tydzień temu szłam na przystanek, mijałam drzewo "mirabelkowe", które pięknie kwitnie na biało. Idąc dzisiaj wyrzucić śmieci również tamtędy przechodziłam, ale z cudnych, białych kwiatków zostały tylko brązowe, suche kikuty. Zabawnym może się wydawać, jak szybko te kwiatki przemijają. Ale w gruncie rzeczy - czyż nasze życie jest więcej warte od tych ulotnych, nieszczęsnych, białych płatków? Tak jak one zakwitamy szybko i równie szybko opadamy.
Straszna jest ta świadomość, że jeszcze dwa tygodnie temu z nim rozmawiałam, że jeszcze dwa tygodnie temu posprzeczałam się z nim, bo znowu zapytał "Czy nie obrać Zuchnie jabłuszka". Jeszcze tydzień temu był taki prawdziwy, a dziś...? Dziś jest już częścią przeszłości. Jak można z tym żyć dalej? Jak można nad tym przejść do normalności? Teraz, kiedy on powoli staje się mitem i bajką. Kiedy go już po prostu nie ma.
Pamiętam pusty kościół. Nie wiem dlaczego, ale wchodziłam pierwsza. Zupełnie sama w obcym, zimnym wnętrzu. A przede mną trumna. I pustka. I ściany. Podeszłam na ołowianych nogach do ławki i opadłam na nią ciężko. Znowu szloch. Obiecałam, że nie będę. Ale jak nie płakać? Wszyscy wchodzący za mną dotykają trumny, całują ją - ja nie mam siły. Nie potrafię. Bo i co to zmieni? Czymże jest ucałowanie dębowej deski. Ono nic nie znaczy. Ono nie zwróci życia. Ono nie jest tym samym, co przytulenie się do niego. Tak, przytulić się do niego. Do kogokolwiek! Nigdy jeszcze tak beznadziejnie nie potrzebowałam, żeby ktoś mnie przytulił. Ale muszę być dzielna. Mama i babcia są. I siostry. Ale one jeszcze nie rozumieją. Do nich to dopiero dotrze. Kiedyś. Kiedy będą chciały wyjść na rower albo pójść do sklepu. Do mnie też to jeszcze nie dotarło. I boję się tej chwili. Nie dopuszczam jeszcze tej myśli, że to naprawdę koniec. Wierzę, że to jeszcze nie koniec - czy mogłabym nie wierzyć? To przecież jedyna nadzieja. Nadzieja, że jemu jest teraz lepiej. Zaczęła się msza. Skończyła się msza. Kolejne chusteczki upycham w kieszeni. Idziemy na cmentarz. Ludzie podchodzą, całują mnie w czoło, mówią jak im przykro. Jak to dobrze, że tata ze mną stoi. Dobrze, bo nogi się pode mną uginają. Wiem, że powinien pójść i stanąć z mamą - ale wiem też, że bez niego nie dam rady ustać. Wszystko wydaje się być takie bezsensowne.
Ludzie odchodzą rozmawiając ze sobą - dlaczego rozmawiają?
Kwiaty są takie kolorowe - dlaczego są kolorowe?
Słońce świeci - dlaczego świeci?!
Jak ono w ogóle śmie?
Ktoś podaje mi chusteczkę. Widać znowu się rozpłakałam. Nie powinnam. Ale płaczę. To trwa wieczność. Ludzie przychodzą, wciąż nowi i nowi. Nie znam większości z nich. Ale i tak nie patrzę im w twarz. Nie potrafię. Odpowiadam tylko "dziękuję" i "dziękuję". Nie wiem czy słyszą. Co mnie to obchodzi, czy słyszą? Kilka razy widzę go w tłumie. Ale to nie on. Kilka razy słyszę jego głos. Ale to nie on. To już nigdy nie będzie on. Nigdy. I teraz do mnie dociera - nigdy. Chce mi się płakać, ale brakuje łez. Chce mi się krzyczeć, ale głos więźnie mi w gardle. Nigdy.
Od poniedziałku pracuję na nowe życie - bez niego. Nie jest łatwo. Wszystko wydaje mi się niewłaściwe - wszystko, co zwykłe. Bo przecież bez niego nic nie może być zwykłe. Już zawsze wszystko będzie inne. Chociaż przecież i tak nie byłoby go ze mną w szkole, w domu, teraz... To jednak chodzi o pewną świadomość, że jest. A raczej, że go nie ma. I że już nigdy nie będzie.
-
.Kia.:
-
Noellee:
-
Noellee:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›